Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO

Polski Deutsch

      Zapomniałem hasło/login


ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź
Nie znaleziono żadnego obiektu
opcje zaawansowane
Wyczyść




Estakada wschodnia, Wrocław
maras - Administrator: Trzeba było najpierw przypisać do estakady, nieszczęśliwe wydarzenia to ewentualnie...
Dom nr 4, ul. Mieroszowska, Wałbrzych
Tony: Ciekawe.
Zakrzewo
jawc - Administrator: ... i fotowoltaiczna, a nie Foto-Voltaniczna.
ul. Żmigrodzka, Wrocław
Chudini: Ja prawdę mówiąc wątpię, by po remoncie przejechał tędy jakikolwiek skład... no, może ewentualnie jakiś próbny przejazd w ramach oddania robót
Budynek nr 63 (d. dworzec), Jasień
Iras (Legzol): Panowie administratorzy uzgodnijcie do licha jedną opcję. Wcześniej wyjaśniono mi, że jeżeli dworzec nie jest w całości zamieniony na mieszkania, to ma status nieczynnego. Jeżeli jest całkowicie zamieszkany, to wówczas (i słusznie) ma status budynku. Na tym dworcu parter jest nieczynny, dlatego nazwałem ten budynek dworcem nieczynnym. To tyle wyjaśnia, bo Was szanuję. Co do całkowitej utraty funkcji ...

Ostatnio dodane
znaczniki do mapy

maras - Administrator
maras - Administrator
maras - Administrator
Iras (Legzol)
maras - Administrator
t.ziemlicki@wp.pl
maras - Administrator
MacGyver_74
MacGyver_74
maras - Administrator
Wincenty Miros
Wincenty Miros
maras - Administrator
maras - Administrator
maras - Administrator
maras - Administrator
baron007
Przemek (NR)
Przemek (NR)
KrzysztofKudowa
sawa

Ostatnio wyszukiwane hasła


 
 
 
 
Staw Wierzchowicki w księstwie legnickim
Autor: Tado°, Data dodania: 2021-06-01 19:17:16, Aktualizacja: 2021-06-20 22:20:14, Odsłon: 918

Przekład artykułu ,,Der Würchenteich im Fürstenthum Liegnitz” z Schlesische Provinzialblatter, May 1802. Autor Christian Friedrich Wehrhan

Autor niniejszego artykułu nie uważa, że wykonuje całkowicie niewdzięczną pracę, gdy próbuje przybliżyć śląskim czytelnikom niezwykły zakątek księstwa legnickiego za pośrednictwem gazety prowincjonalnej.  Tym bardziej, iż miejsce to wymaga poprawnego opisu, ponieważ wydaje się, że stanowi kontrast między pustką i niezagospodarowanymi obszarami w tej kwitnącej części Śląska, a w niektórych opisach został potraktowany zbyt pobieżnie.

   Wśród swoich braci w księstwie staw Wierzchowicki (Würchenteich) jest prawdopodobnie największy, ponieważ ma powierzchnię około 2600 morg (664 ha) i z trudem można go obejść w trzy i pół godziny. Leży on jak matka między swoimi dziećmi pośrodku, między stawem Schliepsa (Schlibsteich/Schliepsteich, który do dziś znajduje się na południe od Wądroża Wlk.) i stawem Książęcym (Herzogsteiche, już nieistniejącym, a wcześniej położonym na południe od Budziszowa Małego), czyli w południowo-wschodniej części księstwa i należy do królewskiego okręgu Budziszowa Wielkiego. Na jego skraju leżą miejscowości: Wądroże Wielkie, Rąbienice, Kępy i Wierzchowice. Ta ostatnia, mała wioska, która składa się z królewskiego folwarku i około 8 domów, leży tuż przy stawie, a swoją oczywiście związaną z nim nazwę otrzymała od stawu lub nadała mu nazwę. Nawiasem mówiąc, nazwa stawu – jakkolwiek szorstko brzmi – jest już bardzo stara. W wielowiekowym dokumencie, który został powierzony autorowi, była tam już zapisana w taki sam sposób jak dzisiaj.

Duża powierzchnia tego stawu, którą tworzy prawie okrągły dysk, otoczona jest dookoła łagodnymi pagórkami, w których leży jak dno miski w podniesionym brzegu. Wzgórza w kierunku i powyżej Granowca i Jenkowa są najwyższe i wznoszą się niemal do rangi góry. W kierunku Rąbienicy teren jest najbardziej płaski.
To położenie pod wzgórzami sprawiło, że teren ten stał się naturalnym stawem, a padający deszcz i topniejący śnieg spływał do niego jak rzeka i nie znajdował ujścia. Tak więc, nie ma on stromych brzegów, lecz biegną one zupełnie płasko na przyległe pola i w większości przypadków są oddzielone sztucznym rowem, który na niektórych odcinkach jest porośnięty krzewami olchy, dzikim ciernistym podszyciem z wierzbami i topolami. Niełatwo znaleźć na Śląsku staw bardziej regularnie i pożytecznie uprawiany niż to rozległe, stare trzęsawisko, które styka się z granicami o wiele bardziej odległych wsi niż te wspomniane wyżej.

Staw jest podzielony na trzy mniejsze, mianowicie na staw Wądrożowiecki, Wierzchowicki i Rąbienicki. Wierzchowicki jest oddzielony od dwóch pozostałych długą groblą, Wądrożowicki od Rąbienickiego prostym jak sznur kanałem, który rozciąga się pomiędzy wałami porośniętymi wierzbowymi łęgami. Te trzy części są na przemian nawadniane, uzupełniane narybkiem, wyławiane, osuszane i obsiewane owsem i jęczmieniem. Dwa sąsiednie potoki, Wierzbiak (Weidelache) i Jania+Cicha Woda (Leisebach), poprzez rowy i jazy przekazują do Würchenteiche wodę niezbędną do zalania i ponownie pobierają odprowadzaną wodę. Pierwszy potok nazywany jest w okolicy Weilache, drugi, cieszący się złą sławą z powodu gwałtownych wylewów i zniszczeń, nazywany jest przez tutejszych zwykłych ludzi – wszarzem (Läusebock). Rów Chotla (Katel), który prowadzi od stawu do Wierzbiaka, jest, przypuszczalnie w celu wydostania się poza zbocze, zwykle bardzo głęboki i przecina pola wsi Mierczyce pomiędzy stromymi brzegami, które mają wysokość od 18 do 20 stóp (5,2 - 5,8 m).

Würchenteich jest prawdziwym źródłem błogosławieństwa dla okolicy, którego nie da się wystarczająco wychwalić, a z którego mogą korzystać zarówno bogaci, jak i biedni. Dostarcza jęczmienia, owsa i siana na paszę, trawy wiechowej na ściółkę i paszę, wielu ryb, zwłaszcza karpi na płytę (taflę?) i na stół, oraz ogromnej ilości trzciny na opał i na pokrycie domów. Na przedwiośniu i wiosną roi się tu od najróżniejszego ptactwa wodnego.

Oprócz piękna, które jego rozległy poziom wody, ukoronowany drzewami i krzewami, nadaje okolicy wiosną, młode trzciny, które podnosząc z dna swoje zielone czubki ponad powierzchnię wody, nadają stawowi wygląd świeżej, zielonej łąki. Jego szerokie brzegi są doskonałym miejscem do suszenia lnu, który jest często i pięknie zbierany w tym regionie, a nawet znakomitym podnóżkiem dla zmęczonych nóg (kolan) starych matron w ich ławkach kościelnych – swego rodzaju poduszeczkami z kawałkami paździerzy*) (odpad obróbki lnu) pokrytych wyschnięta trawą jakby futrem, które zwykło się nazywać ,,fauden”. **)

To niezwykły widok zobaczyć orkę i siew obok szuwarów i trzcin w miejscu, gdzie niedawno biły fale i ryby skakały. W Würchenteiche zajmują się tym zarówno generalny zarządca z urzędu, jak i okoliczni rolnicy, którzy wykorzystują glebę do uprawy jęczmienia i tak zwanego owsa stawowego, a także oszczędzają zadbane pola pod szlachetniejsze owoce.

Więc sprawa ma się dokładnie odwrotnie z tą, którą Owidiusz opisuje w „Metamorfozach” w księdze 1. o potopie, wiersz 293 i 294: „Siedzi w krzywodziobym czółnie i wiosłami tam pluszcze, gdzie onegdaj orał”. W przypadku twardej, zbitej wodą gleby przed pługiem konieczne jest jednak użycie większej liczby lub silniejszego bydła pociągowego niż jest to wymagane na właściwym, sypkim polu. Przy gorliwej i mozolnej gospodarce rolnej na terenach przyległych do stawu, gdzie łąk nie ma przy domostwach, dlatego też szlachcie, jak i okolicznym właścicielom gospodarstw bardzo brakowałoby siana dla ich bydła, gdyby nie Würchenteich. Zanim jednak w środku stawu zacznie rosnąć sitowie i trzcina, wokół niego znajdują się bardziej suche brzegi o szerokości od 200 do 400 kroków z dość dobrym trawiastym podłożem. W porze sianokosów potrzebujący siana mieszkańcy wsi zbierają się na tych brzegach i oświadczają, za jaką kwotę chcą kupić siano. Następnie wchodzi leśniczy stawowy i zgodnie z wyceną wyznacza każdemu miejsce patykami wierzby. Do zbioru siana i zielonki każdy kupiec wysyła swoich robotników, aby kosili, a swoje konie, aby wjeżdżały. Wtedy szerokie obrzeże stawu jest przyjemnie ożywiane przez ludzi i konie.
Głębiej w kierunku środka wzrost trawy zmienia się w grubszą trzcinę. Również to jest chętnie skupowane i używane częściowo jako ściółka w stajni, częściowo jako pasza dla owiec. Ponieważ ścina się ją tylko raz w roku, nazywana jest niesłusznie trawą jednokośną.
W październiku na części stawu, na którym odbywa się zmiana, jest odławiany. Ten wesoły akt czyni z centrum stawu, gdzie spotykają się trzy części – targ. Tutaj stoi mały, masywny domek, w którym znajduje się kuchnia i przyjazny pokój z kominkiem. Przed ten dom, w zwykłe piękne jesienne dni, zjeżdżają się wszyscy, którzy chcą kupić ryby –  wysoko i nisko będący w hierarchii społecznej, bogaci i biedni. A kupuje się tym więcej, że w tym czasie zjeżdżają się kupcy z wielu okolicznych wsi, które nie mogą się obejść bez miski ryb w każdym domu. Tutaj, przed tym małym domkiem, karpie i reszta ryb są sortowane, a czasami pojawiają się karpie, których wielkość zadziwia. Ryby, wszystkie uwikłane we wspólną klęskę, są tu przywożone w łodziach ciągniętych przez woły pociągowe. Tyran stawu, krępy szczupak, przeskakuje niegroźnie obok małej białej rybki, na którą znów napiera dobrze zbudowany karp.
Wiele ryb sprzedaje się pojedynczo i hurtowo; inne znowu, np. dla panów i klasztorów jako pokarm wielkopostny, wlewa się do beczek o dużych otworach i składuje się je daleko w ciasne lochy z dala od światła i przestrzeni. Na tym środku stawu Wierzchowickiego roi się wtedy od głośnych wesołych ludzi i od niemych złowionych ryb, od rumaków i wołów pociągowych, od bryczek, powozów i wozów chłopskich. Paleniska kuchenne gwiżdżą i dymią w konkurencji. W jednym przypadku w centrum uwagi znajduje się destylowana woda od markietanki (samogon), w drugim – niewyparowana woda ze stawu. Jeszcze bardziej przydatne dla biedoty są zbiory trzciny pospolitej, której Würchenteich produkuje ogromne ilości. Drewno nie jest tanie w okolicy bez lasów. Sążeń drewna dębowego (1,896 m), przywiezionego na miejsce, kosztuje 4 Reichsthaler (talary). Jak biedna gospodyni mogła sobie na to pozwolić? A miękkie drewno, które byłoby jej tak niezastąpione do gotowania, gdyby nie miała trzciny, jest tam równie drogie. Wtedy dobry Würchenteich otwiera swój trzcinowy skarb, aby zaspokoić potrzebę ciepła. Znajomy szelest powietrza we wiechach trzciniska, który sam w sobie brzmi tak pięknie, ma tutaj podwójny urok.

Oczywiście, trzcina nie jest własnością każdego, ale ten, kto jest chętny i zdolny do pracy, jest w stanie zdobyć jej tyle w ciągu około ośmiu dni, że nie tylko przetrwa z nią zimę, ale może ją również sprzedać. Kiedy zbliża się zima, w okolicznych wioskach rozchodzi się wieść, że w takim a takim dniu rozpocznie się ścinanie trzciny. Niektórzy chciwi i nieskromni ludzie nie mogą jednak czekać na ten czas, bo chcą mieć wszystko, co najlepsze dla siebie. Wtedy pochopnie zapędzają się w las trzcinowy w nocy, we mgle z kosami i grabiami, i tną niemiłosiernie. Leśniczy stawowy łapie ich wtedy i zabiera im narzędzia do zbioru, które muszą odkupić płacąc karę. Przy zbieraniu trzciny każdy pracownik szuka swojego najbardziej wydajnego lub jeszcze wolnego miejsca w trzcinowisku. Wtedy zaczyna tworzyć wokół siebie czystą ścieżkę i wycina ją powoli lub pilnie, aż napotka swoich sąsiadów pracujących z przeciwnego kierunku. Następnie zostawiają na granicy cienką ściankę z trzciny i  ścięte wiążą w wiązki w miejscu swojej działalności. Są one następnie ustawione w kopy i zawsze druga kopa należy do kosiarza, a pierwsza do królewskiego dzierżawcy generalnego.
Aby jednak robotnicy nie musieli dostarczać do domu tego, co nacięli, tych dodatkowych bogactw, które im przypadają, ekonom wydziela im według własnego uznania i oznacza to wiechą trzciny. Niejeden zawzięty lub zbyt chciwy żniwiarz przepracowuje się w tym zimnym, wilgotnym bagnie, które bynajmniej nie wydziela rześkiego górskiego powietrza, do tego stopnia, że zapada na ciężką chorobę lub nawet umiera przedwcześnie. Dlatego, w bardzo poważnym żarcie, miejscowi chłopi nazywają ten staw Würchen-Würgeteich, stawem dusicielem, bo niejeden człowiek od niego zginął. Zresztą, jest to bardzo bolesne zarówno dla tych, którzy cierpią, jak i dla prawego filantropa, że ​nawet dla tego dobrego, biednego gospodarza, który pracował z potem i zagrożeniami dla zdrowia, znajdują się złodziejskie ręce – ponieważ nie mogą ich szybko zwieźć, kradną im nocą wiele snopków.

Ta wypracowana trzcina jest wybornym zimowym darem dla zwykłych ludzi. Co więcej, zmniejszanie rozmiarów (pocięcie) nie kosztuje żadnego wysiłku i ogrzewa pomieszczenie i piec piekarski tak szybko, że robotnik dzienny, który wraca do domu, może ogrzać swój pokoik o każdej porze. Ale ta trzcina też ogrzewa dom w inny sposób: jesienią i zimą podróżujący przez wioski nad stawem znajduje domy ściśle otoczone pionowymi wiązaniami z trzciny, która jest mocno przyciśnięta do glinianych ścian domu.
Jest to świetny płaszcz domowy (zagata) na zimne burze, i jest stopniowo pobierana do spalenia. Ściany izby są w ten sposób pozbawiane tej ochrony do tego stopnia, że zbliżająca się łagodna wiosna czyni ją zbędną. To prawda, jest to wspaniała metoda wykorzystania tego materiału opałowego, tylko że w takich wsiach niebezpieczeństwo jest szczególnie straszne, gdy wybuchają pożary. Po ścięciu trzciny staw przypomina obóz wojskowy z szarymi namiotami z powodu wielu setek poukładanych kop, a zimą widać w nim wystające pasy prawdziwej trzciny, które stopniowo przerabiane są przez robotników na tak zwane obciążenia (zobowiązania, koszty) pokrycia dachów. Jak ważna i niezbędna jest ta trzcina dla okolicznych biedaków, widać po tym, z jakim nieszablonowym zapałem wykonują oni tę pracę. Kto w tym czasie choruje, uważa się za podwójnie nieszczęśliwego; kto zatrudnia się jako robotnik dniówkowy na dłuższy okres, bierze wolne przynajmniej na ten czas, wcześniej. Ten, kto szuka robotnika w tym czasie, jakkolwiek konieczna jest jego praca, szuka na próżno. Kiedy zbliża się piękna wiosna, w Würchenteiche jest mnóstwo życia, ruchu i radości. Najróżniejsze ptactwo wodne zachowuje się tak, jakby staw został stworzony i nawadniany tylko dla nich, aby mogły w nim odbywać się gody i zabawy. Co za radość, plusk i szum, delikatna wesoła mieszanina głosów rozbrzmiewa wtedy na szerokiej powierzchni wody. Panującym narodem jest tutaj stado dzikich gęsi, które dzielą się na niemieckie i polskie. Wieczorem widać je lecące w stronę stawu w znajomej kanciastej sylwetce i słychać ich urywaną, żarliwą pieśń podróżną schodzącą z wysokich błękitów. W ciągu dnia setki z nich, jakby w sile armii, koczują na młodych roślinach okolicznych pól i wyrządzają im niemałe szkody, obskubując je. Są one tak płochliwe wobec myśliwych i pełne czujności, że nikt nie może ich łatwo dosięgnąć strzałem. Jeśli zobaczą poruszającą się i zbliżającą z daleka postać ludzką, cała gromada natychmiast odlatuje w stronę stawu, szeleszcząc jak burza i gdacząc. Równie liczne są dzikie kaczki, które żyją w zielonych trzcinach. Dozorca stawowy naliczył ich dwa gatunki, a kiedyś nawet chciał tam ustrzelić tak dziwnego osobnika, że zgodnie z domniemaniem przyrodoznawstwa ustalił jego ojczyznę jako Egipt. Również czarne stada kurek wodnych wiszą i kołyszą się wygodnie na ciepłym basenie tego stawu. Autor tego artykułu z wielką przyjemnością oglądał ich gniazda unoszące się na falach. Budują je z krótkich kawałków trzciny, wyściełają wewnątrz miękką trawą i mocują między sterczącymi łodygami trzciny jak pająk między ścianami. Przykrywają kolorowe jaja trzciną i pozwalają, by owoc ich łona kołysał się tam i z powrotem na falach jak w kołysce.

Bystry łowca ryb unosi się w poszukiwaniu zdobyczy nad błyszczącą powierzchnią; białe mewy krzyżują się żywo nad poziomem wody i wyróżniają się przyjemnie na tle nieba, gdy jest ono spowite złowrogimi chmurami. W okolicach dnia św. Jana w zielonej plątaninie trzcin zasiedlają się również bekasy stawowe. Wiosną czajka okrąża swój obóz z imponującym okrzykiem, jakby ostrzegawczym i błagalnym. Ma to też swoje powody, gdyż jej para jaj leży tak nieogrodzona na płaskim terenie brzegów kanału, że przypadkowy wędrowiec z łatwością je znajdzie. Wieczorem bąk wydaje swój melancholijny dźwięk – co może nie być zamierzone w ten sposób – i jego stłumiony, jękliwy dźwięk rozbrzmiewa jak przepowiednia nieszczęścia, daleko w okolicy, a wytwarza ten dziwny dźwięk przez gwałtowne nadymanie gardła i przez wbijanie dzioba w błoto. Do tego dochodzi klekot ospałego bociana, ćwierkanie wróbla trzcinowego, pluskanie ryb, szelest wydr na brzegach głównego kanału, niezliczone chrząszcze wodne i pająki, ogromne roje szpaków, które wczesną jesienią jak czarne chmury pędzą wieczorem na Würchenteiche i tam wydają niepohamowany jazgot. Więc trzeba przyznać, że zdecydowanie żadne miejsce suchego pola w tym samym dużym promieniu nie zawierałoby takiej sumy tętniącego życia, jak to trzęsawisko, które z daleka wydaje się tak bezwładne. Łabędzie, ten majestatyczny fenomen wód, nie mieszkają na Würchenteich na stałe, ale od czasu do czasu przylatują i osiedlają się tam na kilka dni jakby na sztafetę, a potem ruszają w dalszą drogę.

Wielkim, niepowtarzalnym widowiskiem, przypominającym płonące stepy azjatyckiej Rosji, które von Kotzebue tak barwnie opisuje w swoim: Merkwürdigsten jahre etc., („Najdziwniejszy rok w moim życiu” – August v. Kotzebue, wyd. 1802 r.) jest Würchenteich – w płomieniach. Wypala się w nim trzcinę w kwietniu, częściowo po to, aby ułatwić uprawę i aby trawa lepiej rosła, częściowo do nawożenia popiołem. Płomień następnie szaleje przez to lekkie pożywienie z pazerną chciwością i zasnuwa staw dymem przez kilka dób w ciągu dnia, jakby to było pole bitwy, i wypełnia obszar w nocy rozległym blaskiem ognia, tak że niewtajemniczeni wierzą, że widzą długą wioskę w płomieniach.

Dla wielkiej wygody wędkarzy w tym regionie nie muszą oni omijać stawu z jego zakolami i cyplami, ale mogą go przeciąć na grobli. Wał ten, który biegnie od wschodu do zachodu, czyli od Rębienic do Wądroża Wlk., oddziela staw Wierzchowicki od innych, jest tak równy i twardy od żwiru, że stanowi dobrą drogę w deszczową i suchą pogodę. Mimo znacznej długości, bo pół mili (3,8 km), jest ciągły i po obu stronach został obsadzony przez dawnego generalnego dzierżawcę, radcę kameralnego Müllera, wierzbami, które choć nie mają pni, tworzą wysokie krzewy zwisające blisko siebie. Dzięki tym nasadzeniom osiągnięto coś bardzo dobrego te wysokie, zielone i proste jak drut ściany nie tylko zapewniają piękny widok dla podróżujących przez nie, ale także zwiększają ich piękno.
Odpowiednie pędy są regularnie ścinane, co zwiększa przyrost masy na tamtejszych ubogich w drewno łęgach. Zapobiegają także temu, że w razie ewentualnego przewrócenia się wozu na tej grobli, która jest zbyt wąska, przy wychylaniu się jadący nie zjeżdża natychmiast do wody, ponieważ wóz i pasażer znajdują rodzaj wsparcia u podnóża wierzbowych krzaków. Wiosenna wycieczka po lustrze wody tego stawu jest tym przyjemniejsza, że nie towarzyszy tu żadna myśl o niebezpieczeństwie, bo poza kanałami przecinającymi tu i ówdzie stawy, woda jest  tak umiarkowanie głęboka, że płynąc wszędzie widać dno. To cudowna, czysta przyjemność natury pozwolić sobie dryfować na tych falach według własnego upodobania. Dookoła leżą w wiejskim spokoju zielone jak zboża wzgórza, na których grzbietach wiatraki leniwie gestykulują w kierunku wieczornego słońca, i gdzie wciąż leżą omszałe reduty z krwawych i pełnych ognia czasów wojny siedmioletniej. Niczym duchowa mowa szumi wokół żeglarza trzcinisko. Z daleka fioletowo-śnieżny szczyt Karkonoszy spogląda na tego nizinnego brata swojego wysokogórskiego stawu. W szerokim locie wokół łodzi szaleje wesołe życie ptactwa wodnego; do toru łodzi cisza jest związana lękiem. Przed oczami stają nam czcigodne obrazy przeszłości, ponieważ pod ziemią w pobliżu stawu znajdujemy surowo uformowane urny popielnicowe, a w nich szczątki strzał, młotków i zawieszek.
Na zakończenie mam kilka drobnych uwag. W opisie Śląska Meissnera Würchenteich jest wymieniony jako leżący w pobliżu Budziszowa Wielkiego. Miejscowość tę należałoby raczej nazwać Wądroże Wielkie, gdyż również jest znaczną wioską parafialną i leży trzy razy bliżej niż tamta, a w jej pobliżu znajduje się dziesięć stawów rybnych nawadnianych przez długi kryty kanał i należących do stawu Würchen. Bardziej znaczący jest jednak błąd w skądinąd bardzo szacownym opisie suwerennego księstwa śląskiego autorstwa Weigla, gdzie Würchenteich na stronie 2 nazywa się "Würgeteich", a następnie na stronie 8 "Würcherteich". Tak jak wynika z rejestru ze strony 393 – pod obiema nazwami figuruje nawet jako dwa różne stawy.***)

Christian Friedrich Wehrhan

 

*) Autor pisze o lnie, a na nazwanie wkładu do poduszeczek pod nogi użył słowo ,,Moorstücke” – kawałki torfu, zamiast ,,Schäbe” – paździerze to zdrewniałe części łodyg roślin włóknistych  połamane i oddzielone od włókna w procesie przetwarzania słomy lnianej. Może nie używano wtedy tego słowa?

**)Faude, wg słownika braci Grimm: Śląskie słowo oznaczające gatunki trzciny lub sitowia. Trzcinowa wieloletnia roślina bagienna, turzyca. Na Górnych Łużycach powiadają: ma jeszcze na głowie niezły faude (krzak, kępka) włosów. Także - rodzaj pudełka ze słomy.

***) Johan Adam Valentin Weigel w swojej następnej książce ,,Geographische, naturhistorische u. technologische Beschreibung des souverainen Herzogthums Schlesien, Neunter Theil'' z 1805 roku na str. 184 odnosi się do zarzutów tak: Gdyby autor tego eseju przyjrzał się uważnie temu, co piszę na stronach 2 i 8 i porównał to z tym, co piszę na stronie 5 części I, Die Leisebach (Leitsbach), nie zarzucałby mi, że chcę założyć dwa różne stawy, ale uznałby sprawę za to, co jest, czyli błąd literowy. Piszę drobnym drukiem, jak łatwo zecer może wziąć małe ch za g, a małe n za r. Jest to odrębna sprawa od cenzurowania.  

Przekład i objaśnienia w nawiasach Tadeusz Berestecki z pomocą www.deepl.

https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/12450/edition/11196/content   Strona 31 w przeglądarce.  Strony od 427 do 442 w czasopiśmie.

___________________________________________________________________________________________________________________________________

Notatka o autorze.


Christian Friedrich Wehrhan także Werhan urodził się w Magdeburgu pierwszego stycznia 1761 r. Później ściśle związany z Dolnym Śląskiem i miastem Legnica. W roku 1792 zaciąga się do armii  i jako kaznodzieja bierze udział w kampanii Prusaków do Szampanii. Następnie w roku 1797 jest pastorem w Wądrożu Wielkim, od 1800 r. w ewangelickim kościele  Marii Panny w Legnicy, gdzie dał się poznać jako doskonały orator z ambony, wisiał tam w kościele jego obraz. Sporo pisał, wyszły drukiem jego wspomnienia pod tytułem ,,Sceny i uwagi z mojego życia jako kaznodziei polowego w kampanii pruskiej do Szampanii w 1792 r.” (https://books.google.pl/books?id=_wPwvgEACAAJ&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false ). Wydane w Legnicy przez Davida Siegerta. Wspomnienia tak rozpoczyna: Gdy piątego czerwca 1792 r. samotnie podążałem za pułkiem i zazdrościłem łez rozstania mojej szesnastoletniej, po raz pierwszy będącej w ciąży  żonie, wjechałem w blasku poranka na wzgórza za moim garnizonem, a przede mną rozpościerały się błękitne góry śląskie, ogarnęło mnie wielkie uczucie: ogromna rozciągłość kraju od brzegów Nysy do brzegów Sekwany, którą miałem przemierzyć w tak silnym towarzystwie, teraz stanęła mi przed oczami w romantycznym świetle. Góry Bardzkie, gdzie Nysa meandruje, wydawały mi się otwarte jak brama do nieznanej krainy poza nimi. Z entuzjazmem krzyżowca wyruszyłem w podróż, choć ta radość z widoku nowego kraju była zabarwiona ponurą melancholią i udręką z powodu opuszczenia młodej żony. W Bardzie, małym miasteczku położonym w wielkiej naturalnej bramie do hrabstwa Glatz, które słynie z pielgrzymek religijnych i przez które nasz wojak teraz przejeżdżał, było wiele scen pożegnalnych, gdyż kanton naszego pułku znajdował się w pobliżu.   Zmarł 27 kwietnia 1808 r. w Legnicy. Po jego śmierci wybrano i wydano na życzenie parafian jego kazania, w roku 1809.

 

 


/ / / /
Tado | 2021-06-01 20:30:19 | edytowany: 2021-07-04 19:28:24
W tomie 16 ,,Abhandlungen der Naturforschenden Gesellschaft zu Görlitz" z roku 1879, J.Zimmermann w tekście ,,Die Flora der Umgegend von Striegau" pisze na str. 6: ,,W regionie Strzegomia jest tylko kilka nieistotnych zbiorników wód stojących i rozległych bagien. Stawy wiejskie nie mają wpływu na roślinność, a dawny Würchenteich na północnej granicy powiatu, niegdyś obszar zajmujący ok. 1/2 mili kwadratowej, został osuszony i przekształcony w grunty orne w 1820 roku. Zamiast rozległych bagien i wrzosowisk jest tylko kilka podmokłych łąk i polan, …..". .
Tado | 2021-06-24 21:36:25 | edytowany: 2021-07-04 19:27:13
Johann Adam Valentin Weigel w tomie 5 ,,Geographische, naturhistorische und technologische Beschreibung des ..." z roku 1802, pisze na str. 8: ,,Do największych stawów w okręgu legnickim należy Würcherteich, który ma prawie dwie mile obwodu. Należy do gminy królewskiej Budziszów Wielki. Aby móc go lepiej wykorzystać, w ostatnich czasach (1765 rok) został podzielony na trzy części tamami i śluzami".
W piśmie ,,Schlesisches Pastoralblatt" nr 7 z 1.04.1900 r. napisano: ,,Również wśród Słowian śląskich istniały święte jeziora, takie jak jezioro Lohe na północ od Niemczy, staw Würchenteich niedaleko od Jawora, jeziora Kunickie i Koskowickie koło Legnicy, jezioro Himmelwitzer koło Góry Św. Anny i inne".
Weigel we wspomnianej wyżej książce pisze - legenda głosi, że w Jeziorze Kunickim zatopione było kiedyś miasto, ale nie ma co do tego pewności.