Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO

Polski Deutsch

      Zapomniałem hasło/login


ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź
Nie znaleziono żadnego obiektu
opcje zaawansowane
Wyczyść




Park Dietla (Żeromskiego), ul. Żeromskiego Stefana, Sosnowiec
4elza: Ok, dzięki.
Park Sielecki, ul. 3 Maja, Sosnowiec
4elza: Dzięki :-)
ul. Naftowa, Sosnowiec
4elza: Tak właśnie próbowałam robić, dodając obiekt 8986348, ale pojawia mi się komunikat "nie wskazano obiektu", pomimo że najeżdżam kursorem na dany element zdjęcia i próbuję zaakceptować.
Kamienica nr 78 (dawna), ul. Legnicka, Wrocław
pavelo: A no tak. Ale ja piszę od 1903 roku. Tak jak na tej karcie. Niektóre kamienice mają swoje nazwy i swoje numery, które są w późniejszych latach niezmienne.
Murzynowo
dariuszfaranciszek: Proszę o przypisanie do obiektu
Stadion Dziesięciolecia, al. Poniatowskiego Józefa, księcia, Warszawa
Szyszka: Za ręce to pewnie na rozkaz. :)

Ostatnio dodane
znaczniki do mapy

jawc - Administrator
maras - Administrator
dariuszfaranciszek
dariuszfaranciszek
TW40
dariuszfaranciszek
Wolwro
maras - Administrator
TW40
morgot
Zbigniew Franczukowski (bynio)
maras - Administrator
morgot
StaSta
żmija - Administrator
StaSta
StaSta
StaSta
Zbigniew Waluś
moose (administrator)
moose (administrator)

Ostatnio wyszukiwane hasła


 
 
 
 
Walerya Szalayówna – Odrzykoń
Autor: Iras (Legzol)°, Data dodania: 2020-03-21 18:59:30, Aktualizacja: 2020-03-21 19:05:38, Odsłon: 243

Skąd wywodzi się nazwa Odrzykoń i jak powstały „Prządki”.

Dlaczego Odrzykoń?1)

   Na północ od Krosna, na szczycie wyniosłej góry, stos gruzów się piętrzy i olbrzymich złomów kamiennych: to ruiny Odrzykonia, jednego z najstarszych zamków polskich, do którego nazwy straszna i krwawa przywiązana jest legenda.
   W zamierzchłych czasach, rozbójnik dziki wzniósł ponoś zamczysko ono, z którego murów wypadał co czas jakiś ze swą drużyną, trwogę siejąc naokół - tem większą, że nie tylko sam okrutnikiem i łupieżcą był srogim, ale i konia miał dzikiego, co wyuczony przezeń, pastwił się nad ludźmi, tratując i kalecząc ich z wściekłością.
   Długo znosili ludzie to prześladowanie, lękając się walki z potężnym opryszkiem, w końcu jednak postanowili koniec położyć zbrodniczym napadom: ruszyli obławą, zdobyli zamczysko, zbójów wymordowali bez litości, zaś rumaka szalonego, pod którego kopytami tylu ludzi śmierć znalazło, obdarli żywcem ze skóry, od czego zamek ów "Odrzykonia" nazwę wziął.


Trzy siostry

   Kasztelan na Odrzykoniu, pan możny, trzy córki miał, bliźniaki, podobne do siebie jak krople wody, a tak urodziwe, że w Polsce całej chyba piękniejszych dziewek nie było. Strojne, wesołe, żywe jak skry, zamek cały napełniały życiem i gwarem. Gdy w nawpół chłopięcym stroju, z szubą w ręku, na dzielnych rumakach na czele myśliwskiej drużyny gnały, rzekłbyś: pacholęta rycerskie, do łowów się zaprawiające; gdy znów u boku rodziców, w bogatych, powłóczystych szatach gości podejmowały znacznych, wtedy królewską dostojność miały w sobie; za to wieczorem, gdy przy dźwięku "gęśliczek" (po góralsku: skrzypce) w białych jak śnieg szatach do pląsów stanęły, wtedy tańczyły bez upamiętania o zabawie myśląc jeno!
   Tylko do krosien a kądzieli ani rusz zapędzić się nie dały: bywało, pani matka srogo postawić się chce, robotę przeznacza i co z tego? Przyjdzie za czas jakiś, a tu kądziel ani tknięta, krosna z ornatem jak stały tak stoją, na tkackim warsztacie pył stary leży, a dziewki, jak świergotki gwarzą, aż na podwórzec słychać śmiechy a żarty wesołe.
- Gdzie robota?! - woła z gniewem matka.
A dziewczęta nuż do niej i w prośby a pieszczoty:
- Matuchno! - woła Bogna - Jeszczem nikogo nie pokochała, nim za mąż wyjdę sto ręczników weselnych utkam!
- Mateńko serdeczna! - przerywa jej Sława - co mi po kądzieli? Na ślubną zasłonę niewiele nici trzeba, gdy się o mnie pokłonią, dość czasu będzie!
- Matuś złocista! - woła zdyszana Miła - Jak dzień ślubu wyznaczycie, ornat skończę migiem! Ho! Ho!
I ze śmiechem gwarem, piskiem, uciekały z komnaty, a matka jeno ręką machnęła i uśmiechnęła się z tych przyrzeczeń...
   Rojno i gwarno bywało też na starem zamczysku odrzykońskiem; rycerzy gościło zawsze moc - niejeden pokłonić się chciał kasztelanowi o córkę którąś, ale one ani słyszeć o nikim nie chciały - nie spieszno im było od pieszczot rodzicielskich do poważnych i ciężkich obowiązków gospodyni domu.
   Pewnego razu goście nowi i niezwykli do zamku przybyli: było to trzech braci bliźniaków z zacnego i możnego rodu - wszyscy chłopcy na schwał: rośli, gibcy, jak jodły górskie, silni jak olbrzymy, odważni do szaleństwa, a dobrzy, choć do rany przyłóż każdego z nich. Do tygodnia wszyscy trzej pokochali się na śmierć w cudnych kasztelankach i nawzajem miłość ich zyskali.
   Niebawem też zrękowiny huczne wyprawiono, a gdy rodzice błogosławili pary urodziwe, najstarszy z bliźniaków Jaśko podniósł się i rzekł:
- Wiadomo Miłościom waszym, jako Polska do wojny z sąsiadem drapieżnym, do wojny ciężkiej i krwawej się gotuje. Na bój idąc, rycerz zazwyczaj bierze z domu giezło, świeżo utkane; pamiątką drogą ono mu jest i osłodą w ciężkich trudach wojennych i ja to giezło z rąk umiłowanej dziewki mieć pragnę!
Tu do Bogny się zwrócił:
- Nie odmawiaj że mi tej garści lnu, panno miła - prosił serdecznie - Dar twój bronić mnie będzie od złej przygody, a gdyby z woli Bożej ledz mi przyszło w obcej stronie, ów kawał płótna ręką umiłowaną utkany, śmierć samotną lżejszą mi uczyni!
- I nam! I nam także! - zawołali gorąco bracia, łącząc swe głosy z prośbą Jaśka.
   Ułożonem tedy zostało, że za dwie niedziele młodzi do Krakowa, do hufców królewskich pociągną, na Odrzykoń drogę swą obrócą, by pożegnać się raz jeszcze i z rąk narzeczonych dary upragnione otrzymać.
   Ciche i smutne dnie nastały po wyjeździe rycerzy na starem zamczysku. Siostry z trwogą myślały o niebezpieczeństwach wojny i gorliwie zabrały się do kądzieli i krosien tkackich, ufając, że praca ich rąk odwróci wszelki cios morderczy od piersi umiłowanej.
Nie łatwo to jednak przełamać od razu dawne narowy: dziewczęta, nie przywykłszy od dziecka, nie umiały wytrwać teraz w dobrem postanowieniu. Ledwo zasiadły do kądzieli, wnet któraś, starym zwyczajem, rozmowę zaczynała, druga i trzecia czemprędzej słówko dorzucały i niebawem wrzeciona leżały bezczynnie, a dzieweczki gwarzyły i przekomarzały się jak dawniej ani pamiętając o robocie. Bywało, matka schwyta ich na tem i przypomina, iż czas bieży a nie wraca!
A one po staremu:
- Matusiu! Jeszcze dwanaście dni! Jeszcze skończymy na czas! Ho! Ho!
A potem znów:
- Ho! Ho! Jeszcze dziesięć dni przed nami! Czasu dość!
I tak dalej! I tak dalej! Aż wreszcie w wilje przyjazdu rycerzy, wieczorem, dziewki spostrzegły się z trwogą, że mają ledwo po parę łokci nitki!
   Dalejże do kądzieli! Zafurczały wrzeciona, dziewki siedzą jak trusie, już im i rozmowa nie w głowie, jeno na słonko patrzą, czerwone, co za bór odwieczny się kryje i przędą, a przędą co sił...
Aż nocka zapadła ciemna...
- Nianiu stara! Nianiu miła! - proszą siostry - Roznieć-że nam ognia, byśmy robotę skończyć mogły!
Niańka stara skrzesała ognia, rzuciła chwastu suchego naręcze i płomień strzelił jasny jak słońce... Ale staruszka głową smutnie kiwa.
- Dziś sobota - mówi półgłosem - o północy zacznie się niedziela święta... Nie skończycie, gołąbki moje! Nie skończycie!
Ogień trzaska, furczą wrzeciona i chwile mijają jak strzała - wreszcie kury pierwsze zapiały...
- Porzućcie prace! - napomina surowo matka - Niedziela się rozpoczyna, spróżnowałyście czasu tyle, uszanujcież przynajmniej dzień Boży!
Dziewki nie słyszą nawet, wciąż im się zdaje, że nagrodzić potrafią czas stracony i dary dla wybranych na czas ukończą... Minęły kury drugie i trzecie i niebo na wschodzie zaróżowiło się od zórz porannych.
- Siostrzyczki! - szepce niespokojnie Sława - Toż świt!
- Temci lepiej! - woła żywo Miła - Przy blasku słonka, dwa razy prędzej przędzą snuć się będzie!
   Wybiegły tedy przed zamek, na wzgórze wysokie i na murawie miękkiej osiadły, przędąc bez wytchnienia i na gościniec patrząc, czyli rycerze z pocztem swym nie ciągną.
   Weszło słonko złote i oświeca prządki niecierpliwe, co na pagórku siedząc zielonym, okrytym rosą srebrzystą nitki cieniuchne snują.
   W kościółku dzwon zabrzmiał poważnie, wzywając wiernych na nabożeństwo. A kasztelanki przędą i przędą!
Hej! Nie odrobić za chwil parę, spróżnowanych dni kilkunastu! Coraz wyżej słonko się wznosi, coraz jaśniej świeci. Drogą gromadki ludzi idą, na Msze świętą zdążając, a widząc dziewki pracą w dzień świąteczny zajęte, żegnają się ze zgrozą.
- Grzech! - szemrzą starcy osiwiali.
- Grzech! - szepcą niewiasty trwożliwe i uchodzą, przyśpieszając kroku.
A kasztelanki przędą i przędą!
   W dali, na gościńcu, tuman podniósł się biały i przybliża się szybko; a w tumanie onym migają błyskiem zbroice rycerskie, słychać szczek broni i proporców szum: to rycerze z pożegnaniem przybywają idąc na bój krwawy - przybywają po dary przyrzeczone, co od złego chronić ich mają.
   Wyszedł ojciec naprzeciw nich, matka wyszła zapłakana - młodzieńcy do nóg im się chylą z powitaniem, ale patrzą niespokojnie.
- Kędyż dzieweczki nasze? - pytają z trwogą - Czyliż nie pożegnają nas?
   Dopiero matka opowiedziała wszystko, co i jak było i wszyscy tłumnie pospieszyli ku pagórkowi - przybywszy tam stanęli osłupieni.
Na murawie zielonej wznosiły się trzy skały ogromne, białe jak śnieg, podobne do smukłych postaci dziewczęcych, kądziel przędących i pokryte rosą, jak łzami - grzesznych prządek nie było i śladu...
Pan Bóg za karę przemienił je w kamienie!
   Do dziś dnia, pod zamkiem Odrzykoniem skały te bieleją na wzgórku wyniosłym. Lud nazywa je "Prządki" i opowiada legendę starą o dziewczętach lekkomyślnych, co straszną tę karę ściągnęły na siebie.

Walerya Szalayówna, Nasze warownie i grody, Opowiadania z dalekiej przeszłości,
Polskie Towarzystwo Pedagogiczne, Lwów 1907(fragment)

1) Tytuły opowiadaniom nadał Iras (Legzol).


/ / / / 1 /