Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO

Polski Deutsch

      Zapomniałem hasło/login


ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź
Nie znaleziono żadnego obiektu
opcje zaawansowane
Wyczyść




Dom nr 13, ul. Krzemieniecka, Wrocław
MacGyver_74: :) Przy okazji, czy plan który podałem w linku (po powiększeniu jest dość dokładny) możemy umieścić na stronie?
Zdjęcia niezidentyfikowane - Wrocław, Wrocław
MacGyver_74: Zgadzam się z powyższymi opiniami, moja pierwsza myśl była taka sama. Biorąc pod uwagę, że kilka innych zdjęć tego fotografa pochodzi z PDT to może, jeśli nie odpisać z NN, to chociaż dopisać do PDT :)
Zdjęcia niezidentyfikowane - Wrocław, Wrocław
MacGyver_74: Takie pochylenie ulicy? To bardzo zawęża możliwości...
Widoki z masztu Stacji Bazowej Telefonii Komórkowej, Podgórzyn
MacGyver_74: Masz rację. Na GSV rośnie tam trawa. Sprawdziłem oryginalny plik i po powiększeniu wygląda raczej na koleiny. To było kilka dni po roztopach, a zima była wtedy wyjątkowo śnieżna. :) Znacznik usunąłem.
Jednostka wojskowa nr 3182 (dawna), al. Rzeczypospolitej, Legnica
maras - Administrator: Zmieniłem datowanie.
Wytwórnia Części Zamiennych (dawna), ul. Żołnierska, Podgórzyn
górski: Zakład później nazywał się BESTER. Część przy moście to był stary zakład, a nowy przy dzisiejszej ul. Spacerowej.

Ostatnio dodane
znaczniki do mapy

maras - Administrator
Alistair
Tony
Petroniusz (admin)
Petroniusz (admin)
maras - Administrator
Zbigniew Franczukowski (bynio)
maras - Administrator
Zbigniew Franczukowski (bynio)
Zbigniew Franczukowski (bynio)
Zbigniew Franczukowski (bynio)
Kosa25
t.ziemlicki@wp.pl
Zbigniew Franczukowski (bynio)
MacGyver_74
dasio1974
maras - Administrator
maras - Administrator
Petroniusz (admin)
Alistair
stap

Ostatnio wyszukiwane hasła


 
 
 
 
Chrystus narodził sie na drodze do Lądka-Zdroju (Die Christgeburt auf der Straße nach Landeck)
Autor: maras - Administrator°, Data dodania: 2015-03-11 09:28:18, Aktualizacja: 2015-03-11 09:28:18, Odsłon: 1406

Opowiadanie Josepha Wittiga

"Grudniowe płatki śniegu zwiastujące nadchodzącą, bożonarodzeniową świąteczność, trzymają się zazwyczaj porządku lotów aniołków świątecznych; dokładnie tak, jak w drugim rozdziale Ewangelii św. Łukasza, wiersze 3 i 9. Najpierw jedno ze spływających z nieba stworzeń osiada szeroko i wygodnie na twarzy lub ręce wędrowca. Ten wzdryga się, bo w głębokim, sypkim śniegu ciężko wędrować. A płatek śniegowy mówi: ,,Nie bój się, ja chcę ci tylko powiedzieć, że nadchodzi Boże Narodzenie”. I w niedługim czasie przy pierwszym płatku gromadzi się wielka niebiańska rzesza: sto ptaków, tysiące ptaków, które, chwaląc Boga, śpiewają: ,,Chwała na wysokości Bogu i pokój ludziom na ziemi!” Tak też było owego wypełnionego jeszcze nocnym mrokiem ranka roku 1892, kiedy moja Matka odprowadzała mnie na dworzec w Ścinawce Średniej. Miałem jechać do Kłodzka, a potem pieszo powędrować w góry, gdzie czekał na mnie pewien ksiądz, by do Wielkanocy nauczyć mnie łaciny, potrzebnej w średnich klasach gimnazjum i przygotować do obowiązków duchownego. W Żelaźnie, jedną godzinę za Kłodzkiem, ksiądz miał mi wyjść naprzeciw. W umówionej gospodzie miałem na niego czekać. Do Ścinawki Średniej droga była długa, leżał już głęboki śnieg. Latarenka Matki, wokół której tańczyły tysiące płatków śniegu, migotała pocieszająco, ale w Ścinawce mama musiała zawrócić i zostałem sam w wielkim świecie, po raz pierwszy w swoim życiu. Miłość matki tworzy krąg wokół ludzkiego dzieciństwa. Kto z tego kręgu wystąpi, nie wie, czy kiedykolwiek w swoim życiu znajdzie tak wierną, opiekuńczą miłość i czy w ogóle miłość istnieje na świecie. Płatki śniegu szeptały: ,, Chrystus się narodził, z nim miłość przyszła na świat”, ale takiej mowy jeszcze wtedy nie rozumiałem. Z ciężkim sercem opuściłem dom rodzinny. Po raz pierwszy-mówiłem sobie- w Wigilię nie będę w domu ojca i matki. I łza spływała po moim policzku i zaraz zamarzała. Myślami powróciłem jeszcze raz do naszej izby. W małej drewnianej skrzyni zostały figurki mojego dziadka, z których dotąd w każdą Wigilię ustawiałem naszą szopkę wigilijną. Kto to teraz zrobi? Kto to zrobi tak umiejętnie jak ja? Dla mnie to były żywe stworzenia, choć tylko wystrugane z lipowego drewna. W Wigilię naprawdę narodził się Zbawiciel i leżał zawinięty w pieluszki w żłobie; po prawej i po lewej stali- Maria i Józef, z tyłu wół i osioł, nad nimi fruwał rząd aniołków, które przy pomocy mechanizmu poruszały się wkoło. To była dla mnie prawdziwa Wigilia, musiałem się dopiero nauczyć, że Chrystus narodził się w wyższym i w prawdziwszym znaczeniu niż w tak kunsztownie wyrzeźbionej i poruszanej szopce. Chciałem przecież zostać duchownym i musiałem coś wiedzieć o narodzeniu Chrystusa w sercach dobrych ludzi. Wyjąłem kilka figur ze skrzynki i ucałowałem je jednakowo: tak malutkie dzieciątko, jak ,,czarnego króla” i pastuszka, którego szczególnie kochałem. Przybyłem koleją do Kłodzka i brnąłem w głębokim śniegu do Żelazna, gdzie w umówionej gospodzie zamówiłem szklankę piwa, jak przystało na dorastającego mężczyznę i przyszłego studenta. Na takie zimowe wędrówki byłem źle wyposażony, nie miałem ciepłego ubrania i zmarzłem tak, że zimno mną trzęsło, co starałem się ukryć przed gospodarzami. Czekałem na księdza kilka godzin, pełen nadziei, potem jeszcze kilka z coraz większym zwątpieniem. Wówczas między Kłodzkiem i Lądkiem nie było jeszcze kolei, ale ja te cztery mile już raz przewędrowałem pieszo pięknym, ciepłym latem. Latem droga z Żelazna do Lądka trwa pięć godzin, potem do wsi, w której mieszka ksiądz-jeszcze trzy godziny. To, że ksiądz nie przychodził do Żelazna, kazało przypuszczać, iż droga z gór jest zasypana śniegiem nie do przebycia. Ale do Lądka musiałem dotrzeć koniecznie. Tam mieszkali rodzice księdza, u nich mogłem liczyć na schronienie. Gdybym miał pieniądze, mógłbym w Żelaźnie przenocować, a następnego dnia omnibusem pocztowym dotrzeć do Lądka. Tą samą trasą kursował również wóz pocztowy pierwszej klasy. Był dwukrotnie droższy, bo był czteromiejscowy, więc dla bardzo bogatych i wytwornych ludzi, nie dla biednego studenciny, tak że o nim nie mogłem nawet myśleć. Pozostawało mi tylko przebycie trasy pieszo, po głęboko zaśnieżonej drodze. Zapłaciłem i ruszyłem w drogę. Niedługo zrobiło mi się gorąco i opanowała mnie owa słodka senność, która wędrujących często skłania, by usiąść na przydrożnym kamieniu błogo zasnąć, i zamarznąć na śmierć. Podniosłem więc głowę i wędrowałem dzielnie dalej godzinę, dwie godziny. Padałem ze zmęczenia. Wtem z wesołym dzwonieniem minął mnie dumnie wytworny wóz pocztowy na płozach. Posłałem za nim ciężkie westchnienie i postanowiłem jednak usiąść na następnym kamieniu przydrożnym, by odetchnąć choć parę minut. To byłaby pewnie moja śmierć. Pomyślałem o mojej kochanej matce i o dziadkowych figurkach w domu. Ale myśl o śmieci wydawała mi się również słodka. Zebrałem się w sobie i przeszedłem jeszcze parę kroków. Na drodze leżała zaspa i objęła moje nogi, jakby chciała powiedzieć: ,,Zostań i odpocznij choć chwilę, droga jest jeszcze taka daleka”. Wówczas wytworny pojazd zatrzymał się, pocztylion wychylił się ze swojego siedzenia w moim kierunku i zawołał: -Hej, chłopaku, nie chcesz ze mną jechać? Wzruszyłem ramionami: -Nie mogę! -Dlaczego nie? -Nie mam pieniędzy. -A ile masz? -Pięćdziesiąt fenigów, ale na pewno do Lądka kosztuje najmniej dwie marki. -Nie, trzy marki, ale coś ci powiem; za darmo nie mogę cię zabrać, bo od czasu do czasu przychodzi rewizor i kontroluje bilety. Ale przejdź jeszcze do następnej wioski, tam zaczekam na ciebie. Tam wysiądziesz i podwiozę cię za czterdzieści fenigów, aż dojedziemy do Lądka. Ale musisz być rozważny i nie możesz mnie zdradzić. Rozumiesz mnie? Ty zawsze dopiero co wsiadłeś, jak przyjedzie rewizor”. Rewizor nie przyszedł. Jechałem za swoje czterdzieści fenigów aż do pierwszych domów w Lądku, do tego miejsca, gdzie aż do czasów polskich rzeźbiarz Schmidt miał swój warsztat. Tam pocztylion powiedział: -,,Chłopcze, teraz musisz wysiąść; zaraz będzie zajazd pocztowy i wszystko musi być w porządku”. Było już tylko kilka kroków do rodziców mojego dobrego księdza. Trzy dni musiałem pozostać w Lądku, aż opady śniegu ustały i wielka odwilż uczyniła wioski w górach dostępne. I wtedy przybył ksiądz i uradował się moją obecnością. Bardzo martwił się o mnie, ale teraz wszystko straszne już minęło. Wieczorem następnego dnia znaleźliśmy się w górskiej wiosce i zaczęliśmy naukę łaciny. Ksiądz, gdy opowiedziałem mu o wszystkim, chodził zamyślony przez kilka dni i w końcu powiedział: ,,To był prawie cud, że pocztylion ulitował się nad tobą, biednym chłopcem, i uchronił przed zamarznięciem na śmierć. To dowód, że Zbawiciel nie przyszedł nadaremnie na świat”. A na bożonarodzeniowym kazaniu powiedział: ,,Wiecie wy, gdzie Zbawiciel się narodził? W Betlejem? Tak jest! Przed 1892 laty! Ale gdzie ostatnimi czasy przyszedł na świat? Ja wam powiem: na drodze między Żelaznem a Lądkiem!” A potem opowiedział zdziwionym mieszkańcom wsi, jak pocztylion się nade mną ulitował i ocalił przed śmiercią. Wieśniacy kiwali głowami i mówili, że to było piękne kazanie wigilijne. Wszystko to miało miejsce, tak jak napisałem. To nie jest zmyślona historia, chociaż chętnie wymyślam opowiadania, by Boga wielbić i chwalić. Ale trochę prawdy zawsze do nich dodawałem".

Tłum. Renata Czaplińska

Wyszukał Zb. Waluś


/ / / / / 42 /
/ / /